Z początku stajnia zrobiła na mnie dobre wrażenie. Ot, zwykła, zabytkowa stajnia. Co prawda przydałby się remont, ale tak jest w większości stadnin w naszym kraju. Pierwszy budynek to stajnia. Ma już prawie sto lat, co można stwierdzić po dacie nad drzwiami – 1909 rok... Jednak to, co zobaczyłam po wejściu do środka, przeraziło mnie...
W środku jest ciemno mimo otwartych na przestrzał wrót. Kiedy weszłam do budynku, uderzył mnie okropny odór, zgoła nie jak w stajni, ale w chlewie. Po korytarzu, co zauważyłam kiedy mój wzrok oswoił się z panującą tu ciemnością, wala się słoma, siano i jakieś zielone rośliny. Chyba dawno tu nie zamiatano. Podłoga – betonowa – jest mocno popękana i nierówna. Starając się nie potknąć podeszłam do pierwszego z brzegu boksu. Farba z krat odłazi, a zasuwy rdzewieją. Koń jest wysoki, srokaty, wygląda na zadowolonego i zadbanego. Podobnie jego sąsiad. Obydwa stoją na bardzo grubej warstwie słomy.
Najbardziej uderzył mnie wygląd kolejnego boksu. Koń stojący w środku – ładny srokacz – ma trzy lata.
Stoi na ponad 20 centymetrowej warstwie czegoś co słomą z pewnością nie jest już od dawna. Pośrodku boksu piętrzy się góra sięgająca koniowi aż do stawów skokowych. W tym słabym świetle dopiero po chwili dostrzegam, że srokacz stoi na odchodach. Nie wygląda to dobrze. Nogi niemal po nadgarstki ma ubrudzone w nieczystościach, co dokładnie widać na jego jasnej sierści. Następny koń nie ma lepiej - z boksu wylewa się na korytarz przez dziurę pod drzwiami gnój.
W stajni pojawiałam się kilka dni pod rząd. W tym czasie udało mi się stwierdzić, że do boksów codziennie ktoś wrzuca słomę z sianem, którą konie zaraz zjadają.
W niektórych boksach w kątach leżał tynk odpadły z sufitu, w paru kawałki styropianu i Bóg wie czego jeszcze.
Sytuacja w stajni nieco rozjaśniła dopiero 5 dnia naszego pobytu w niej. Mama koleżanki towarzyszącej mi dopadła osobnika wyglądającego na stajennego. Dowiedziała się, że koniom gnój się wywozi co (!) pół roku.
Zapytałyśmy się również czemu owy uroczy srokacz ma tak brudno. Dziewczynki wizytujące stajnię wytłumaczyły nam, że jest za dziki, żeby można było do niego wejść. Myślałam, że się rozpłaczę ze śmiechu. Koń miał świeże zaklejki po siodle. Kiedy spytałyśmy się czy ich to nie martwi, że konie stoją w takich warunkach odparły: "My tu tylko jeździmy". Jakby to było za mało żeby przejmować się końskim losem.
Niestety jak się przekonałam, nie tylko konie są zaniedbane, lecz także ludzie odwiedzający tę stajnię są nierozsądni i nieodpowiedzialni. Dziś na rowerach do stajni wjechały dwie nastolatki. Rzuciły rowery na środku i poszły do jednego z koni. W tym czasie pomiędzy leżącymi rowerami przecisnął się facet z koniem. Dziewczyny chwilę później wyjechały drugimi drzwiami stajni, zostawiając odwiedzanego konia w otwartym boksie.
Do stajni wjechał pan na rosłym koniu. Prawie zaczepiał głową o lampy, jadąc przez główną nawę. Ze zdumieniem i zgorszeniem zastanawiam się, czemu mężczyzna nie zsiadł z konia, kiedy ten nagle ruszył kłusem. Przekłusował przez całą stajnię i wyjechał przez drugie drzwi.
Na halę regularnie wjeżdża bryczka i zabiera zgromadzone tam siano. Cóż, bryczka to za dużo powiedziane. Jest to raczej rozlatujący się wóz zaprzężony w dwa konie. Obydwa chodzą w czymś co uprzężą było zapewnie w 1909, ale teraz jest już tylko plątaniną rzemieni. Mam dziwne wrażenie, że te konie nawet wędzidła mają pordzewiałe.
Odwiedziłam drugą z trzech stajni. Tu są "stanowiska". To znaczy tak to się nazywa, bo naprawdę po obydwu stronach korytarza są przywiązane wzdłuż żłobów konie. Stoją w wykopanych w odchodach zagłębieniach, a wały nieczystości zasłaniają im nogi do ud.
Na odwiedzenie trzeciej stajni nie starczyło mi czasu, lecz nie spodziewam się żeby było w niej lepiej.
O tym jak zaniedbana jest stajnia, mogłabym pisać naprawdę dużo, ale w słowach i tak tego nie wyrażę. Stert gnoju, smrodu i smutnego spojrzenia srokacza znad sterty odchodów... Niestety,. ta stajnia nie jest odosobnionym przypadkiem.
W tej stadninie koni zaniedbanie wynika z oszczędności. Właściciele oszczędzają na słomie, na pracownikach. Jak dla mnie, nie wiele zaoszczędzą. Kowal wyjdzie im dużo drożej, a gnijące kopyta leczą się długo i jest to kosztowne...
Mam nadzieje, że to skłoni Was chociaż do odrobiny refleksji, nad podejściem niektórych ludzi do zwierząt.
Fotogaleria artykułu:



